Kanały:
Wpisy
Komentarze

Wróciłem :)

Wróciłem w góry. Nie żadne pieprzenie się z podejściem na Górową i jakimiś eventami tam. Tak naprawdę kurs kursem, ale miałem już serdecznie dosyć noszenia drewna, organizowania, budowania, rozbijania i tego typu zajęć, chociaż przyznaję, że dzięki stawianiu bazy na Głuchaczkach jakoś tam sobie poradziłem ze słabszym okresem. Ale w końcu wróciłem na poważnie, wróciłem do zmęczenia, do robienia czegoś głupiego — w kompletnej dupówie, w którą nigdzie bym nawet nie jechał autobusem, na brutalnym kacu, przebiegliśmy się przez Szpiglasową Przełęcz. Wczoraj. W lipcu po śniegu i lodzie, w padającym poziomo gradzie. Brakowało mi tego.
Ten wyjazd nieprzeciętnie mnie ucieszył. Nie chodzi tylko o świetne towarzystwo (Ciono, Marku), ale też o samopoczucie, o nastawienie. Świadomość, że idziesz do góry, kiedy ludzie nie chcą iść w dół ze schroniska, bo przecież pogoda, bo brzydko, bo pada, bo zimno — bezcenne.
Czekam na dalsze propozycje wyjazdów. Jest taka jedna góra na T i już słyszałem, że może w sierpniu…

Pragelato

Udało się. Pragelato było dokładnie tym typem partyzanckiego wypadu, którego było mi potrzeba, chociaż nie oszukujmy się — z alpinizmem wiele wspólnego to nie miało. Tłukliśmy się po okolicznych stokach, grzebaliśmy w śniegu na tysiące sposobów, piliśmy włoskie piwo, wydawaliśmy przyjęcia, oglądaliśmy okołogórskie filmy. Ale cała otoczka była niepowtarzalna i bardzo ładująca akumulatory; atmosfera wsparcia i pogodnego wygrzewu osiągnęła własny szczyt, kiedy uprowadzonym busem pojechaliśmy na Lazurowe Wybrzeże. Wyjazd w góry znów stworzony w całości przez ludzi, nie przez charakterystykę działalności. Gotowość do pomocy, czy w śniegu, czy w imprezie — bezcenna. Zdjęcia kradzione.

Karma!

Wkrótce zacznę wierzyć w karmiczną wersję wszechświata. Gdyby jeszcze w styczniu ktoś mi powiedział, że górskie plany mi się tak zdynamizują, popukałbym się w czoło. A tak — za tydzień jadę w Alpy. Czeka mnie szkolenie wysokogórskie w Corpo Nazionale Soccorso Alpino e Speleologico w Pragelato. Przytrafiła mi się okazja szklarniowego wprost wejścia w świat gór wysokich! I zupełnie niespodziewanie — Maroko. W październiku. Atlas Wysoki ;) Wszechmogący ma swój szczerbaty uśmiech specjalnie dla mnie.


Dziś o godzinie 13:22 padł pierwszy szczyt zaliczany do Korony Hałd Śląskich — Hałda Murckowska. Zdobyty został w stylu alpejskim, bez użycia tlenu oraz bez stawiania obozów pośrednich. Na szczycie stanęła Ruda. Historyczne pierwsze słowa wypowiedziane na szczycie brzmiały: “kurwa, fajna ta hałda”.
Poniżej znajduje się trasa podejścia oraz zejścia:

Nie znoszę świąt. Organicznie. Sporo w tym winy mojej toksycznej relacji rodzinnej, ale głównie chyba chodzi o pracę w handlu. Święta są koszmarem. Raz na zawsze chciałbym w związku z tym rozwiązać kilka kwestii:

- nie kupuj nikomu w prezencie pary skarpet. Jeśli już musisz, nie czekaj w kolejce do kasy przez pięć minut żeby wypytać kasjera, który przed świętami ma co robić o kolorystykę czy skład.

- jeśli pytasz o jakiś rozmiar i dostajesz odpowiedź, że np. mamy ostatnią sztukę w rozmiarze XL, nie pytaj czy dostaniesz jeszcze S. Nie uwierzycie, ale ludzie robią to, kurwa, zawsze.

- nie proś sprzedawcy o przymierzenie czegokolwiek. Twój mąż bądź ojciec i tak jest pewnie z 10cm niższy i 20kg większy niż ten biedak, którego uda Ci się dopaść w sklepie i tak czy tak nic z takiej przymiarki nie będziesz wiedział. Szczególnie nie proś o mierzenie czapek bądź gogli.

- nie kupuj prezentów na ostatnią chwilę. Takich idiotów, którzy mają na tę ochotę jest legion. Jeśli postanowisz zrobić zakupy na trzy dni przed wigilią, zostaniesz zadeptany w sklepie. Jeśli postanowisz zrobić je w samą wigilię, załoga sklepu Cię znienawidzi.

- nigdy, ale to nigdy, kurwa, nie dzwoń do sklepu. Nie ma czegoś takiego jak telefon. W momencie, w którym utargi szybują do 250% średniej nikt nie ma czasu dyskutować przez telefon o kolorach śpiworów. Jeśli już byłeś na tyle głupim, że zadzwoniłeś, to zdaj sobie sprawę z tego, że sprzedawca i tak powie Ci, że nie ma produktu, którego szukasz tylko po to, żebyś się od niego odpierdolił.

- za pytanie “a może jakiś świąteczny rabat?” powinno się karać chłostą. Natychmiast. Ludzi, którzy naciskają po odpowiedzi odmownej powinno się również chłostać z przodu.

- jeśli chcesz coś kupić, kup to. Jeśli potrzebujesz porady, zapytaj — ale to oznacza pewną konkretyzację myśli. Gówno mnie obchodzi historia Twoich butów sprzed dwudziestu lat, chwalenie się drugą kurtką czy opowieści o tym, że Twój mąż jest tłusty i nic mu nie wchodzi na dupę. Co prowadzi do kolejnej uwagi — jeśli robisz zakupy dla kogoś z metrem krawieckim w ręce (mierząc oczywiście na kasie, żeby generować kolejkę), powinieneś czym prędzej wypierdalać.

- jeśli chcesz w ramach prezentu kupić coś, o czym nie masz pojęcia (nie każdy na przykład podziela pasję wspinaczkową współmałżonka) — zainteresuj się sprawą w stopniu chociaż podstawowym. Jeśli Twój syn wspina się na ściance, a Ty chcesz go na siłę uszczęśliwić kupując mu kości czy camalota — wypierdalaj. Oznacza to tylko, że jesteś idiotą, którego nie interesuje syn i jego pasja, a który tylko chce wydać pieniądz żeby mieć dzieciaka z głowy.

- jeśli jesteś matką kupującą synowi ciuchy — wypierdalaj natychmiast. Jeśli syn jest bachorem, będą wrzaski. Jeśli syn jest nastolatkiem, będą awantury. Jeśli syn ma ponad 20 lat i dalej kupujesz mu ciuchy — syn jest ciotą, zawiodłaś jako matka i powinnaś za to siedzieć.

Fakt, sporo w tym jadu. Tyle, że dzięki bożemu narodzeniu znów śniła mi się praca — a tak się dokładnie znieczuliłem przed snem…

Jeśli więc cała ta szopka sprawia Ci jakąkolwiek radość — wesołych. Jeśli tak jak ja na dwa dni przed świętami pierwszą rzeczą którą robisz po wejściu do pomieszczenia jest wyłączenie radio — postaw mi piwo i razem ponarzekamy. Jeśli chcesz mnie przekonywać, że święta są dobre — wypierdalaj.

Pieprzyć to.

Raz i na zawsze — wypadłem z obiegu do stycznia. Brak pieniędzy. Dojmujący. Bolesny. Nie mam naprawdę niczego wolnego, co mógłbym przeznaczyć na wyjazd i całe to “przecież uda siętanio, przecież możemy pożyczyć” tylko doprowadza mnie do większego szału. Nie jeżdżę. Nie tylko z kursem. I jest mi z tym źle. Stałem się nerwowy. Drobiazgi wpędzają mnie we wściekłość i znów mam poczucie, że wszystkim, co mnie czeka w najbliższych miesiącach będzie praca po 12h w miejscu, którego nienawidzę. Ktokolwiek jest zaskoczony? Moja praca sprawia, że chce mi się rzygać. To również jakieś wyznanie.

Z drugiej strony — kusi mnie perspektywa zażądania tygodnia urlopu w grudniu. Moja firma nie udziela grudniowych urlopów. Tydzień na Górowej. Samemu. Czy to nie byłoby piękne?

Tylko, kurwa, za co?

Chcę jechać w Tatry. Chcę śniegu. Chcę w góry, po prostu. Mam nowy sprzęt turowy. Chcę sprawdzić jak jeździ. Chcę coś ze sobą zrobić.

Chcę wrzeszczeć. Chyba głównie. Chcę spać, nie mogę zasnąć.

Kurwa.

W końcu!

Wreszcie! W końcu wszystko wydaje się być na tyle dograne, że uda się być może zorganizować krótki wyjazd. Mam też wreszcie dzień wolny — i jak zwykle pochłania mnie drobna logistyka. Uwielbiam atmosferę pakowania się, zastanawiania się który śpiwór i którą kurtkę zabrać. Czekają mnie zakupy. Czeka mnie pakowanie się. Drobiazgi, ale już dawno tego nie robiłem i naprawdę mnie to cieszy. A potem — atmosfera bacówki, może trochę śniegu, na pewno dużo błota… Proste.

Dodatkowo mam nową radochę:

Dzięki uprzejmości koleżanki mam możliwość przymierzenia nowego plecaka, na który mam ochotę ;> Jeśli wszystko pójdzie dobrze, zimą będzie można spotkać mnie z czymś takim na plecach.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.